„Nie lękajcie się”. Dziesięć lat biskupiej drogi bp. Mirosława Milewskiego (cz. II)

27 lutego mija dziesięć lat od sakry biskupa pomocniczego diecezji płockiej Mirosława Milewskiego. Jubileusze łatwo zamknąć w liczbach. Trudniej opowiedzieć o tym, co dzieje się pomiędzy wielkimi wydarzeniami – w rytmie wizytacji, rozmów i powrotów do domu. O tej bardziej „zwyczajnej” stronie biskupiej drogi w drugiej części jubileuszowej rozmowy z bp. Mirosławem Milewskim.

Image1

Ilona Krawczyk-Krajczyńska: Biskup pomocniczy - czym on właściwie się zajmuje?
Bp Mirosława Milewski: Jak sama nazwa wskazuje – pomocą. Ordynariuszowi i całej diecezji. Żyję życiem naszego Kościoła lokalnego, interesuję się tym, czym żyją księża i co stanowi codzienność naszych wspólnot parafialnych. Jako biskup pomocniczy jeżdżę na wizytacje kanoniczne, udzielam sakramentu bierzmowania, chętnie spotykam się z kapłanami, siostrami zakonnymi i osobami świeckimi, a także ze wspólnotami naszej diecezji. Każda parafia jest inna.

Lubi Biskup te wyjazdy do parafii?
Lubię. Każde spotkanie zostawia ślad. To moja codzienność. To konkret Kościoła. Tam widać wiarę ludzi i prozę życia księży. Tam jest normalne życie. Troski, radości, pytania. To jest wymagające fizycznie i intelektualnie, bo trzeba się przygotować chociażby do kazania, ale daje też dużo nadziei i możliwość doświadczania żywego Kościoła.

Czy jest jeszcze miejsce na pasje? Na rzeczy, które po prostu się lubi? Nie „z urzędu”, nie w ramach obowiązków, ale tak zwyczajnie – dla siebie?
Czasu jest mniej, to oczywiste. Ale coś „z tamtego życia zostało”. Może w mniejszym wymiarze, ale jest.

Co konkretnie?

Chociażby sport, szczególnie piłka ręczna. Śledzę regularnie i kibicuję. Bardzo lubię te emocje. Wędkarstwo. Udaje mi się kilka razy w roku pojechać nad rzekę czy jezioro. To dla mnie forma odpoczynku, wyciszenia. No i książki – zdecydowanie w wersji papierowej.

Czyli żadnych e-booków?
Walczę ze sobą. Trzy audiobooki już odsłuchałem, więc nie mogę powiedzieć, że jestem całkowicie odporny. Ale jednak szelest kartek wygrywa.

A co Biskup lubi czytać?
Różne książki. Był czas, kiedy pochłaniałem skandynawskie kryminały. Naprawdę znakomite.

Skandynawskie?
Tak. Mają klimat, napięcie, głębię psychologiczną. Bardzo je lubiłem. Ale czytam też klasyczną beletrystykę.

A teraz, co leży na biurku? Proszę zdradzić tytuły, może ktoś się zainspiruje.
Z tych „religijnych”, czytam „O praktykowaniu Bożej obecności” brata Wawrzyńca. Niewielka książeczka, około 120 stron, ale bardzo konkretna.

Skąd ten wybór?
Zainspirowała mnie wypowiedź papieża Leon XIV, który powiedział w jednym z wywiadów, że jeśli ktoś chce zrozumieć jego duchowość, powinien sięgnąć właśnie po tę książkę. Pomyślałem: skoro tak, to warto ją przeczytać. I rzeczywiście – to prosta, ale wymagająca szkoła życia w stałej obecności Boga.

A coś „świeckiego”?

Miklós Bánffy, „Trylogia siedmiogrodzka”. Czytam pierwszy tom. Literatura węgierska w ogóle bardzo mnie ostatnio wciąga.

To co w niej takiego jest?
Rozmach, historia, głębia. Ale jeśli miałbym wskazać książkę, która w ostatnich dziesięciu latach zrobiła na mnie największe wrażenie, to „Nadberezyńcy” Floriana Czarnyszewicza. To epicka opowieść o Polakach żyjących nad Berezyną i Dnieprem, o zachowaniu tożsamości, kultury, wiary. Trochę jak skrzyżowanie Sienkiewicza z „Panem Tadeuszem”. Piękna książka.

A na nią jak Biskup trafił?
Kiedyś w radiu była audycja o stu najważniejszych książkach na stulecie niepodległości – ta znalazła się w ścisłej czołówce. A ja wcześniej w ogóle jej nie znałem. Nie zawiodłem się.

Naprawdę dobra?
Na tyle, że przeczytałem cztery powieści autora i nawet nawiązałem kontakt z jego biografem.

W takim razie trzeba będzie ją sprawdzić! A muzycznie?
A muzycznie? Wychowałem się przy radiowej „Trójce”. Nagrywało się audycje na kasety, czekało na konkretne utwory. To był rytuał.

Wyczuwam sentyment do muzyki lat 80.?
Lubię muzykę, w której jest przestrzeń, melodia, sens. Muzycznie najbliższe są mi lata 70.

To spróbujmy tak: jedzie Biskup na bezludną wyspę, i którą płytę z kolekcji ze sobą zabiera?
To nie jest proste pytanie.

Jedna płyta.
Nie da się jednej. Musiałbym zabrać walizkę.

Z magnetofonem?
Z gramofonem. Skoro już bezludna wyspa, to niech będzie porządnie.

Gramofon jest, to ta absolutnie konieczna płyta?
Pink Floyd – „The Dark Side of the Moon”. Ta z genialną grafiką przedstawiającą pryzmat na okładce. To płyta, której można słuchać wciąż od nowa. Towarzyszy mi od młodości. Pamiętam, jak nagrywałem ją na kasety.

To było poświęcenie!
Nawet Pani nie wie, jakie! Jeździłem specjalnie z Ciechanowa pociągiem do Warszawy, żeby w bibliotece nagrywać płyty na kasety. Tu postawię kropkę, bo musiałbym przyznać, że to zdarzało się podczas lekcji w szkole. A moi rodzice mogą tego nie wiedzieć.

Dobrze, dla dobra sprawy stawiamy kropkę. Dziękuję, że Biskup o tym opowiedział. O tym, co cieszy i jest bliskie.
Tak, ale trzeba od razu powiedzieć, że to wszystko jest już na drugim planie. Są przy okazji, jeśli starcza czasu. Wiem, co jest najważniejsze.

A co jest najważniejsze?
Powołanie i wypełnianie tego, co Bóg powierzył.

Nigdy nie żałował Biskup tej drogi?
Odpowiedź jest prosta i szczera: absolutnie nie. Nigdy nie żałowałem. Uważam, że jak człowiek „rękę do pługa przyłoży”, nie ma co oglądać się już wstecz. To jest droga, którą uznaję za najbliższą i najważniejszą. To moja droga!

A co przygotowało Biskupa do tej drogi?
Relacje. Jestem przekonany, że w życiu – zarówno rodzinnym, jak i kapłańskim – niezwykle ważne jest to, z jakiego środowiska się wyrasta, w jakiej rodzinie się dojrzewa i z kim się spotyka. Pochodzę z wielopokoleniowej, bardzo licznej rodziny – mama miała ośmioro rodzeństwa, tata pięcioro. To była rodzina, która trzymała się razem i miała silne poczucie więzi. Ważny był także Kościół – doświadczenie ruchu Ruch Światło-Życie, pielgrzymek i wspólnoty. Potem szkoła. Mimo że kończyłem technikum w 1991 roku, jeszcze w realiach PRL, to właśnie środowisko rówieśnicze i szkolne było pewnym elementarzem życia. Później ogromnie dużo dało mi seminarium.

Dobrze rozumiem, że od razu po maturze?
Tak. Przyjechałem do Płocka w wieku 20 lat i już nie wróciłem do domu rodzinnego. Kolejnym puzzlem tej życiowej układanki są studia. Socjologia i Katolicka nauka społeczna nauczyły mnie szerszego patrzenia na świat. To był też ważny czas duchowy. Podczas studiów mieszkałem przez cztery lata u karmelitanek klauzurowych i byłem ich kapelanem w Dysie k. Lublina. Echo duchowości karmelu pozostało we mnie do dziś. To było życie na swoistym „pustkowiu” – klasztor znajdował się z dala od cywilizacji, bez sąsiednich zabudowań.

To nie uwierało?
Nie. Świadomie się na to zgodziłem, choć nie wiedziałem dokładnie, czego się spodziewać. Oczywiście były dni łatwiejsze i trudniejsze. Ale ten czas nauczył mnie cenić ciszę i samotność, a w życiu kapłańskim ważna jest zdolność do zdrowej samotności – do bycia sam na sam ze sobą, z Panem Bogiem, bez ucieczki w izolację, ale z akceptacją własnej wewnętrznej przestrzeni.

Czy ta lekcja ciszy i bycia sam na sam z Bogiem pomaga dziś patrzeć na minione lata nie w kategoriach bilansu, ale wdzięczności?
Bez wątpienia. Jestem ogromnie wdzięczny za moje powołanie Panu Bogu. Ale też tym z którymi pracowałem i pracuję - biskupom, kapłanom i dobrym ludziom, których spotykam na swojej drodze. Tym mniej życzliwym też dziękuję – bo i to uczy.

A czego oni uczą?
Życia z tą „drugą stroną medalu”. Z krzyżem.

Ja również jestem wdzięczna. Dziękuję, że Biskup odsłonił coś ze swojej relacji z Bogiem, podzielił się odrobiną swoich wspomnień, historii – nie tylko ze mną, ale ze wszystkimi, którzy zechcą dotrzymać nam towarzystwa, czytając tę rozmowę.
Jeśli ktoś odnajdzie w niej coś dla siebie – to będzie dla mnie największa radość.

A mógłby Biskup zarezerwować w kalendarzu termin na rozmowę za kolejne dziesięć lat, przed dwudziestą rocznicą sakry?
Jeśli Pan Bóg pozwoli doczekać. Zapisuję w kalendarzu.

Pierwsza część rozmowy: „Nie lękajcie się”. Dziesięć lat biskupiej drogi bp. Mirosława Milewskiego (cz. I)

Fot. Parafia pw. św. Michała Archanioła w Płońsku